Przejdź do treści

Wielki Brat patrzy, czyli gry pod specjalnym nadzorem

Kiedyś, w cza­sach, które już dziś wy­dają się niemal za­mierz­chłe, sprawa była prosta. Ku­po­wało się grę, in­sta­lo­wało w do­mowym za­ciszu przy ko­jącym szumie ”bla­szaka” i można z nią było robić to, na co się tylko miało ochotę. Nie­stety, to już pre­hi­storia od­legła ni­czym pi­sanie kro­niki ple­mienia na ścianie ja­skini. Obecnie wy­dawcy gier wideo coraz moc­niej in­ge­rują w to, co ro­bimy z ich pro­duk­tami. A my, mimo roz­pacz­li­wych prób obrony za­czy­namy uznawać taki stan rzeczy za normalny.

Pierwsza część „Diablo” po­ja­wiła się w sprze­daży ostat­niego dnia 1996 roku. Druga – cztery lata póź­niej. Obie od­słony tego hack and slasha osa­dzo­nego w świecie dark fan­tasy do­ro­biły się sta­tusu gier kul­to­wych, znaj­dując na za­wsze małe, mroczne miejsce w ser­cach wielu graczy. Obie też wy­szły jeszcze w cza­sach względnie nor­mal­nego trak­to­wania ku­pu­ją­cych przez wy­dawców. Czego już nie można po­wie­dzieć o trze­ciej części serii, która uka­zała się w tym roku. Tak, jak się tego spo­dzie­wano, więk­szość fanów za­bi­jania de­monów była za­chwy­cona. W końcu cze­kali oni na nowe „Diablo” aż 12 lat, a i sama gra jest co naj­mniej niezła. A nawet co naj­mniej bardzo dobra. Je­dyne głosy na­rzekań, jakie się po­ja­wiały, zwią­zane były z tym, jak po­trak­to­wała graczy firma Bliz­zard En­ter­ta­in­ment. I tu też nie ma się co dziwić.

Znak czasów

Już po­czątki wska­zują na to, że „Diablo III” jest praw­dziwym zna­kiem swoich czasów. Czasów, w któ­rych to pro­du­cenci i wy­dawcy gier wideo, a nie sami gracze, mają wpływ na to, co ci drudzy zrobią ze stwo­rzonym za grube mi­liony do­larów pro­duktem. Jeśli bo­wiem my­ślicie, że zaraz po kupnie mo­żecie po prostu za­in­sta­lować grę i ją uru­chomić, to je­ste­ście w błę­dzie. Naj­pierw trzeba za­łożyć konto na na­le­żącym do Bliz­zarda ser­wisie Battle​.net. Nie­którym oczy­wi­ście za­pala się w tym mo­mencie lampka ostrze­gawcza oraz ja­rzący się napis „Że co? Po co? Prze­cież za­mie­rzam grać tylko w trybie single player!”. Nie­stety, ni­kogo w ame­ry­kań­skiej kor­po­racji to nie ob­chodzi. Ku­piłeś, to załóż konto. Nie chcesz za­łożyć konta, to nie zagrasz.

Jak grać?

Po prze­łknięciu pierw­szej gorz­kiej pi­gułki, oka­zuje się, że jest ich jeszcze całe opa­ko­wanie. Jeśli padną prze­cią­żone ser­wery Battle​.net, to rów­nież sobie nie po­gracie. Nie­ważne, że w nowe „Diablo” gracie sami w domu, przy za­cią­gnię­tych ro­le­tach, nie uru­cha­miając żad­nego trybu mul­ti­player. Co z tego? Gra nie może się sko­mu­ni­kować z Battle​.net? To się nie uru­chomi. Czyli każda z in­nych do­stęp­nych w ser­wisie pro­dukcji – „World of War­craft”, „Star­craft”, co­kol­wiek in­nego, mając awarię i wy­kań­czając Battle​.net, po­wo­duje, że nie da się za jego po­śred­nic­twem za­grać w nic in­nego, co ze stajni Bliz­zarda wy­szło. Nawet w trybie single player. Ab­sur­dalne? Oczy­wi­ście. Obu­rza­jące? Jak naj­bar­dziej. Zwłaszcza, że mó­wimy tutaj o pro­dukcie kosz­tu­jącym nie­malże 200 zło­tych, a od­ma­wia­jącym dzia­łania wtedy, kiedy my chcie­li­byśmy, żeby działał. W każdej innej branży by­łoby to już wy­star­cza­jącym po­wodem do zło­żenia re­kla­macji. W każdej innej, ale nie w branży gier wideo.

Twoje imię?

To jednak wciąż nie ko­niec. ”Diablo III” za­strzega sobie rów­nież prawo do nie­za­ak­cep­to­wania imienia, jakie wy­bie­rzemy dla swo­jego bo­ha­tera. Jest ob­raź­liwe w ja­kim­kol­wiek ze świa­to­wych ję­zyków? Nie ma ta­kiej opcji, twoja próba na­zwania go w ten sposób zo­stanie od­rzu­cona. Nawet jeśli nie chcesz grać z nikim innym i na­rażać go na oglą­danie ta­kich be­ze­ceństw. To o tyle ir­ra­cjo­nalne, że nawet gdy ku­pu­jemy broń, po wie­lo­kroć bar­dziej nie­bez­pieczną, jej pro­du­cent nie chodzi za nami, mó­wiąc co chwila: „Nie, stój, tego nie mo­żesz robić, tak się tego nie używa”.

Kon­trola maksymalna

„Diablo III” to jednak za­le­dwie jeden z przy­kładów, że branża gier wideo dąży obecnie do mak­sy­malnej kon­troli graczy. Co gorsza, naj­bar­dziej ob­rywa się nie pi­ratom, przeciw którym teo­re­tycznie ostrze tych środków jest skie­ro­wane, a którzy i tak ob­chodzą wszelkie za­bez­pie­czenia, a tym uczciwym, którzy na­by­wają ory­gi­nalne gry, a póź­niej muszą się z nimi mę­czyć. A czasem są to za­bez­pie­czenia, które przy­po­mi­nają więk­szego po­twora po­skła­da­nego do kupy przez sza­lo­nego na­ukowca, byle tylko po­wstrzymał mniej­szego po­twora, czy inne tak zwane „mniejsze zło”. Takie, jak ro­syjski system Star­Force, który po prostu przej­muje kon­trolę nad sys­temem ope­ra­cyjnym użyt­kow­nika i pil­nuje oraz in­ter­we­niuje, gdy tylko ten pró­buje zrobić coś nie­le­gal­nego. Oczy­wi­ście „nie­le­gal­nego” tylko jeśli chodzi o przy­padki zła­mania prawa au­tor­skiego. Star­Force do­pro­wa­dzał do szału graczy także tym, że przy każdym uru­cho­mieniu płyty spraw­dzał ją, więc gracz za­miast cie­szyć się pro­duktem, na który wydał kil­ka­dzie­siąt albo i więcej zło­tych mu­siał cier­pliwie czekać, aż pro­gram upewni się, że na pewno użyt­kownik nie jest „zło­dziejem”. W do­datku Star­Force miał pro­blemy z kom­pa­ty­bil­no­ścią z nie­któ­rymi pro­gra­mami za­in­sta­lo­wa­nymi na kom­pu­te­rach, dzięki czemu unie­moż­li­wiał uru­cho­mienie ory­gi­nalnej gry. To do­pro­wa­dzało do pa­ra­dok­salnej sy­tu­acji, że le­galny użyt­kownik, aby móc ko­rzy­stać z ku­pio­nego pro­duktu, mu­siał użyć pi­rac­kiego cracka.

DRM

Równie uciąż­liwe dla użyt­kow­ników ko­rzy­sta­ją­cych z le­galnie ku­pio­nych gier są także inne sys­temy DRM, ma­jące teo­re­tycznie za­bez­pie­czać płytę przed pi­ra­tami. Nie­stety, w prak­tyce głównie uprzy­krzają życie po­sia­da­czom ory­gi­nałów, bo pi­raci prę­dzej czy póź­niej (z na­ci­skiem na prę­dzej) znaj­dują sposób, żeby je obejść. Jednym z naj­częst­szych roz­wiązań jest ko­niecz­ność re­je­stro­wania gry przez in­ternet. In­nymi słowy, jeśli nie masz do­stępu do sieci, to nie za­grasz. Na szczę­ście w dzi­siej­szych cza­sach to nie sta­nowi już pro­blemu, ale cza­sami pro­du­cenci fun­dują gra­czom różne dziwne wa­riacje na temat tego za­bez­pie­czenia. Na przy­kład gra ”Spore” nie tylko wy­ma­gała sie­ciowej ak­ty­wacji, ale mogła być in­sta­lo­wana tylko na jednym kom­pu­terze i to mak­sy­malnie trzy razy. Zmie­niłeś kom­puter? Mu­sisz kupić nową grę. Mu­siałeś parę razy re­in­sta­lować system? ”Spore” mo­żesz wy­rzucić do kosza razem z pie­niędzmi na nią wydanymi.

Ko­niec zabawy

Ubez­wła­sno­wol­nienie graczy przyj­muje też inne formy ubrane w atrak­cyjny płasz­czyk z na­pisem: ”walka z pi­rac­twem”. Fran­cuska firma Ubi­soft wy­dając grę ”Assassin’s Creed 2″ wpadła na przy­kład na ge­nialny po­mysł, że gracze po­winni nie tylko ak­ty­wować grę przez in­ternet, ale być cały czas w sieci. W efekcie każda przerwa w do­stępie do in­ter­netu albo awaria ser­werów Ubi­softu oznacza au­to­ma­tycznie ko­niec za­bawy. Takie dzia­łania za­miast zwal­czać pi­ractwo w za­sa­dzie za­chę­cają graczy do kra­dzieży (tak, pi­ractwo to kra­dzież). W końcu po co wy­dawać grube pie­niądze na grę, skoro można się nią bez­stre­sowo cie­szyć do­piero po użyciu cracka słu­żą­cego do uru­cha­miania wersji nie­le­galnie ścią­gnię­tych z internetu?

Naj­smut­niejsze wy­daje się to, że ciągła kon­trola i ogra­ni­czanie wol­ności graczy wciąż po­stę­pują i nic nie wska­zuje na to, żeby sy­tu­acja miała się zmienić. W końcu branża gier kom­pu­te­ro­wych stoi dziś wiel­kimi kon­cer­nami, a te mają w zwy­czaju dbać o swój portfel, a nie o ludzi, którzy im ten portfel wypełniają.

An­drzej Ba­zyl­czuk & Łu­kasz Miszewski

Powiązane materiały: